Ellie Goulding – Delirium [recenzja]

06/11/2015
ellie goulding surfblog1 Ellie Goulding (elliegoulding.wikia.com)
7

Długo wyczekiwany album Ellie Goulding w końcu ujrzał światło dzienne. Pojawiał się praktycznie na każdej liście najbardziej wyczekiwanych albumów 2015 roku. Wielkie nadzieje wiązali z nim fani i dziennikarze na całym świecie. Sprawdziliśmy czy Brytyjce udało się spełnić związane z nią oczekiwania.

Na nowy krążek Ellie Goulding kazała czekać aż trzy lata. W między czasie podsycała atmosferę regularnie wypuszczając single, m.in. Love Me Like You Do, Outside czy Powerful. Delirium jest jej trzecim po Lights (2010) oraz Halcyon (2012) studyjnym albumem w karierze. Singlem promującym wydawnictwo został utwór On My Mind, który powstał we współpracy z Max’em Martinem i Ilyą, producentami odpowiedzialnymi m.in. za sukces albumu 1989 Taylor Swift. Piosenka została ciepło przyjęta przez środowisko muzyczne i na słynnym Billboardzie zawędrowała na 19tą pozycję. Utrzymana w charakterystycznym dla Ellie klimacie na pograniczu popu i elektropopu wspartego brzmieniem gitary, nie zwiastowała żadnej większej rewolucji w jej twórczości.

Kolejne udostępniane utwory pokazały jednak, że nowy album będzie gwałtownym zwrotem w twórczości piosenkarki. Prezentowany materiał, powiedzmy szczerze, był średnich lotów, bardzo prosty i mocno komercyjny. Sprawdźmy jednak, jak prezentuje się album w całej okazałości. W wersji deluxe czekają na nas bowiem aż 22 utwory.

Album otwiera bardzo nastrojowe i spokojne intro. Majaczenie (tytułowe Delirium) Ellie wsparte jest lekkimi bębnami i skrzypcami. Całość oczywiście dopełniają elektroniczne dźwięki. Intro płynnie przechodzi w pierwszy utwór na płycie czyli Aftertaste. Bardzo dynamiczny i taneczny kawałek, który z pewnością będzie hitem najbliższej trasy koncertowej piosenkarki. W sam raz do letniego festiwalowego szaleństwa. Something in the way you move stylistycznie nawiązuje do utworów Taylor Swift. Lekki, rytmiczny i szybko wpadający w ucho. Nic w tym dziwnego skoro za produkcję odpowiadają te same osoby, co za największe przeboje Amerykanki. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Nie sposób się od niego oderwać a nogi same podskakują do rytmu. Chociaż wraz z kolejnymi przesłuchaniami mam nieodparte wrażenie, że jest to przyśpieszona wersja Love Me Like You Do. Sami przekonajcie się i spróbujcie zaśpiewać w refrenie tekst filmowego przeboju. Nieźle, co nie? Keep On Dancin’ to dla mnie największe zaskoczenie tego albumu. Świetny numer podparty charakterystycznym bitem, wprawiającym słuchacza w stan na wzór transu. Do tego wokal Ellie brzmi w nim prawdziwie hipnotyzująco. Zgodzę się jednak z opinią wielu, że zastosowane gwizdanie w refrenie psuje nieco końcowy efekt.

Nad utworem On My Mind nie będę się dłużej rozpisywał, gdyż wspomniałem o nim we wstępie do recenzji. Moim zdaniem jest to ukłon w stronę fanów wydania Halcyon. Mamy tutaj kawałek świetnego elektropopu. Na początku długo nie mogłem się przekonać do tej piosenki, ale z czasem poznałem wszystkie jej zalety. Idealnym uzupełnieniem jest teledysk, który wedug mnie jest najlepszym z dotychczasowego dorobku Ellie Goulding. Army to propozycja dla miłośników lirycznej odsłony Brytyjki. Spokojny utwór, który stopniowo buduje napięcie by zakończyć się niesamowicie zaakcentowanym i mocnym finałem. Ogromnego wydźwięku kompozycji dodają świetnie wplątane chórki i wzmocniony wokal. Warto na tle całego albumu również wyróżnić Don’t Panic, które po prostu kupuję w całości. Kawałek dobrego popu urozmaicony elektroniką. Po raz kolejny mamy świetnie zaaranżowane chórki i do tego zaskakującą końcówkę.

Nie sposób zapomnieć o utworze I Do What I Love, który jest zupełnie inny od stylu, do którego przyzwyczaiła nas wokalistka. Przypomina on stylistycznie twórczość M.I.A.. Od razu przyciąga uwagę słuchacza. Jest to trapowy utwór, zbudowany na rytmicznych bębnach z elektronicznymi wstawkami. Zadziornego charakteru dodają mu rapowane przez Ellie fragmenty. Prawdziwa perełka w oceanie popu, który zaserwowała nam artystka. Na koniec Scream It Out, który kończy również listę podstawowej wersji wydawnictwa. Świetny wybór. Bardzo ciekawy synthpopowy utwór, który brzmi jak żeńskie wydanie Hurts. Porównanie to należy jednak odbierać tylko i wyłącznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niestety na tym zamknąłbym już tracklistę Delirium a w rozszerzonym wydaniu czeka na nas przecież jeszcze około 15tu numerów…

delirium_surfblog

Delirium (fot. elliegoulding.wikia.com)

Devotion to jedna z największych porażek tego albumu. Utwór, który brzmi dla mnie jak odrzut z płyty pewnej rumuńskiej gwiazdy muzyki tanecznej. Prosty jak budowa cepa i podobny do tych koszmarków puszczanych na co dzień w Radiu ESKA. Lost and Found to też propozycja, z której Ellie nie powinna być dumna. Przypomina nieco podrasowany elektroniką utwór country. Bardzo infantylny, idealnie pasujący do czołówki kolejnej produkcji Disney’a.

Zobacz też: Florence and The Machine – How Big, How Blue, How Beautiful [recenzja albumu]

Pozostała część utworów, którą pozwoliłem sobie pominąć, jest po prostu nijaka. Podczas odsłuchu albumu po prostu znika w otchłani przeciętności. Nie jest zła, ale też nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. W przypadku Delirium powiedzenie „im więcej tym lepiej” nie sprawdziło się. Z sprezentowanego nam przez artystkę materiału śmiało można wyselekcjonować tę lepszą połową i z niej stworzyć przyzwoity popowy album. Lights i Halcyon dawały nadzieję, że Ellie Goulding podąża wiernie za swoim stylem i zachowa swoją niezależność. Niestety tym razem górą była wytwórnia, dla której najważniejszy jest przecież zysk ze sprzedaży.

A jak Wam podoba się najnowszy krążek wokalistki? Dzielcie się opinią w komentarzach oraz na naszym fanpage’u i Instagramie!

– Krzysiek

Udostępnij na:Share on FacebookTweet about this on Twitter

12 comments

  1. O kurcze, to ja z większością się nie zgadzam :p wg mnie Devotion jest bardzo dobre tak samo Lost&Found. Z kolei za słabiznę uważam Don’t Panic… + jakim cudem On My Mind jest ukłonem w stronę fanów Halcyona? Przecież to zupełnie inny styl. No i gdzie słowo o Don’t need nobody ?? :D sorry za czepialstwo, ogólnie każdy ma swoje zdanie! Recenzja przejrzysta, fajnie się czyta, pozdrawiam

    1. Cześć! Dzięki za, bądź co bądź, miłe słowa. Jasne, o gustach się nie dyskutuje a moja recenzja jak każda inna jest w pełni subiektywna. Moim zdaniem OMM zawiera kilka charakterystycznych cech, do których lubię wracać na Halcyon – m.in. charakterystyczna gitara, loop czy nakładane wokale. :-) Może to i trochę naciągane, ale dla mnie to właśnie OMM jest łącznikiem między Delirium a poprzednim albumem. :-) Don’t Need Nobody nie chwyciło mnie aż nadto :P – Krzysiek

Post a new comment