Recenzja filmu Pięćdziesiąt twarzy Greya

15/02/2015
Pięćdziesiąt twarzy Greya

fot. planeta.fm

Stracisz kontrolę – tym hasłem reklamuje się jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku, czyli Pięćdziesiąt twarzy Greya w reżyserii Sam Taylor-Johnson. My już go widzieliśmy i na wstępie zaznaczymy, że nikt na sali kinowej nie stracił kontroli. Czy wielki szum, jaki towarzyszy od wielu miesięcy tytułowemu bohaterowi, jest uzasadniony?

Ściągnięcie na plan filmowy świeżych i młodych twarzy, dodanie do tego drugoplanowych ról granych przez celebrytów i otoczka pikanterii miały być przepisem na sukces. Tak też się stało, sukces komercyjny został osiągnięty. Obraz jest przebojem na całym świecie, zaś kina oblegane są przez tłumy. Premiera w Walentynki dała rozwiązanie dla zagubionych par, które nie wiedziały co mogą zaplanować na taki dzień. Marki zarabiają krocie na gadżetach i produktach związanych z filmem – najbardziej abstrakcyjny, jakie widzieliśmy do tej pory, to opaska na oczy dla niej i żel pod prysznic dla niego. Jednak w tym wszystkim ktoś zapomniał o jednym – Pięćdziesiąt twarzy Greya jako film wypada słabo.

Już same reklamy przed seansem idealnie odzwierciedliły poziom produkcji. Zobaczyliśmy prezerwatywy, żele intymne i wibratory. Po długiej przeprawie seksualnych reklam nadszedł czas na film. Początek zapowiadał się interesująco. Dobra charakterystyka bohaterów – on przedstawiony jako młody, pedantyczny i bogaty mężczyzna, ona – jako skromna, inteligentna i cicha studentka. Piękne budynki, wnętrza, bogactwo i przepych – czyli to co ludzie lubią najbardziej na szklanym ekranie. Wszystko się psuje, gdy zaczyna się pierwszy dialog między bohaterami. Jest płytki i banalny. Dalej jest już tylko gorzej.

Presja, jaka ciążyła na producentach, była chyba zbyt wielka. Miało być dużo nagości, seksu i prowokacji. Główni bohaterzy czyli Grey (Jamie Dornan) i Anastasia (Dakota Johnson) mieli rozpalić zmysły widzów. Okazuje się, że bardziej przełamujący temat seksu i relacji damsko-męskich jest serial z 1998 roku Seks w wielkim mieście, w którym jedna z głównych bohaterek Samantha mówi otwarcie o swoich potrzebach i fantazjach. To była końcówka lat dziewięćdziesiątych, w 2015 roku oczekuje się czegoś więcej, chyba że widz zadowoli się jedynie określaniem seksu jako pieprzenie się, które pada kilka razy z ust Greya. Obraz nie jest szalony, podniecający i kontrowersyjny jak większość przypuszczała czekając na całość. Media przez cały czas dostarczały nam zdjęcia z planu, kolejne zwiastuny oraz muzykę i teledyski. Ciekawość stopniowo rosła. Wyobrażaliśmy sobie film porno posiadający sensowną fabułę. Jednak wyszedł z tego kiepski romans z elementami sado-maso, które będą przeżywać rozpalone gimnazjalistki przez najbliższe pół roku.

Oglądając Pięćdziesiąt twarzy Greya odnieśliśmy wrażenie, że jest to jeden długi teledysk z krótkimi przerwami na proste dialogi. Ten zabieg ma na celu zagłuszenie i jeszcze większe ogłupienie widza. Ścieżka dźwiękowa do filmu, chyba jako jedyna, robi ogromne wrażenie. Na oficjalnej płycie znaleźli się BeyoncéEllie Goulding, Sia i królowie rock and rolla, grupa The Rolling Stones. Zapewne większość tych artystów żałuje teraz, że wzięła udział w tej produkcji. Nadmierne wykorzystanie muzyki stwarza wrażenie, że oglądamy serial lub wspomniany teledysk. Teraz pozostaje nam czekać na ekranizacje kolejnych części książki. Mamy nadzieję, że producenci będą mieć nauczkę i następnym razem lepiej odtworzą historię napisaną przez Erikę James.

Udostępnij na:Share on FacebookTweet about this on Twitter

Nasza ocena

Krzysiek
5
Mateusz
4,5

3 comments

  1. Długo się zastanawiałam czy jest w ogóle jakikolwiek sens robić film. Moim skromnym zdaniem, jeżeli miałby on odzwierciedlić książkę, powinien raczej przynależeć do kategorii porno, a tego raczej popkultura nie kupi. Jak bowiem inaczej wiernie przedstawić to, co stworzyła E.L.James w swej powieści? Według mnie „produkt” Taylor-Johnoson’a z góry skazany jest na niepowodzenie.

Post a new comment